ANNA MARIA JOPEK

G Ł O S     F A N A



  • Praca konkursowa

    KONCERT ANNY MARII JOPEK W BOCHUM 10 IV 2005

    Koncert w niemieckim mieście Bochum był wyjątkowym wydarzeniem pewnie nie tylko dla mnie, ale też dla wszystkich osób, które spędziły ten wieczór w Kościele Chrystusa.
    Magiczny i smutny nastrój spowijał wiosenny, chłodny dzień….ósmy dzień od chwili, kiedy w Polsce czas zatrzymał się na godzinie 21.37. Wielu z nas nie mogło być wtedy w kraju, ja rozpoczynałam właśnie nowy semestr na uczelni i bardzo brakowało mi szczególnej atmosfery tamtych dni, poczucia jedności, wspólnej refleksji z innymi ludźmi. Życie w Niemczech niestety toczyło się własnym rytmem , podczas gdy ja tęskniłam do domu w poczuciu, że Wielkie Sprawy dzieją się poza mną.
    Koncert Anny Marii Jopek, zaplanowany przecież znacznie wcześniej, stał się więc symbolicznym spotkaniem Polaków w obcym miejscu i niespodziewanie nabrał nowego znaczenia. Skupienie, zaduma, towarzyszyły chyba większości słuchaczy już wtedy, kiedy czekaliśmy na wejście do kościoła a zza murów docierały do nas dźwięki „Barki” na próbie.

    Koncert rozpoczęła minuta ciszy, by za chwilę potężne mury ewangelickiej świątyni wypełniła szczelnie muzyka – ta dobrze znana z płyt, w całkiem nowych aranżacjach oraz nowa, z promowanej właśnie płyty „Secret”. Wieczór otworzyła subtelna „Bandoska”, w której była tęsknota i smutek, za chwilę artyści pokazali jednak, jak płynnie zmieniają się nastroje przeniknięte muzyką. Ta harmonia była z jednej strony naturalna, a z drugiej sprawiała wrażenie misternie przemyślanego spektaklu, przepełnionego intensywnymi uczuciami.
    Publiczność radośnie przyjęła „I o co tyle milczenia” z „energetycznym” akompaniamentem, podobało się szczególnie niespodziewane wokalne wsparcie ze strony zespołu. Męskiego głosu zabrakło niestety w „Upojeniu”, ale i bez Michała Żebrowskiego słowa wiersza wzbogacone dźwiękiem mają nieprawdopodobną „siłę rażenia”, dlatego pięknie zabrzmiały na żywo.
    W dalszej części okazało się, że popularna skądinąd piosenka „Don’t speak” to tak naprawdę zupełnie nowy, jakby nigdy wcześniej niesłyszany, liryczny utwór, którego treść została opowiedziana tym razem dyskretnymi emocjami.
    Oczywiście nie zabrakło piosenek z płyty „Bosa”, wydanej również w Europie, w końcu był to koncert nie tylko dla Polonii, pojawiło się całkiem sporo Niemców a wśród nich fanatycy jazzu. Usłyszeliśmy m.in. „Szepty i łzy” z dynamiczną gitarą Marka Napiórkowskiego, „Kiedy mnie już nie będzie” i „Jeżeli chcesz”. Wyczuwało się przy tym dbałość o szczegóły, pietyzm w kreowaniu każdej nuty i fantastyczny dialog głosu Ani z poszczególnymi instrumentami.
    Jako niespodzianka pojawiło się koncertowe wykonanie dzieła Mozarta. Na moment technika odmówiła posłuszeństwa, ale to tylko dodało występowi autentyzmu a Ani pozwoliło przez chwilę pogawędzić z publicznością. Właśnie różnorodność i nieprzewidywalność były najbardziej porywające. W większości znane piosenki tutaj zyskały nową, czasem otwartą, rozbudowaną instrumentalnie formę. Czuło się ich spontaniczność a wśród muzyków radość grania, co czyni pewnie każdy koncert wyjątkowym.
    Doskonale wypadły utwory z płyty „Upojenie” – „Czarne słowa” i „Piosenka dla Stasia”, zagrane oszczędnie, ale niezwykle sugestywnie, oparte na gitarowych brzmieniach i wokalu Ani. Prezentacja nowego singla z „Faratu” – „Możliwe” pogłębiła tęskny nastrój przygotowując publiczność na najważniejszy chyba utwór tego wieczoru – „Barkę”. Była to modlitwa, skupienie i podziękowanie, które mimo zmieniającej się formuły koncertu towarzyszyły słuchaczom i muzykom do końca.

    W kulminacyjnej części wieczoru artyści stopniowo prezentowali coraz bardziej różnorodne, dynamiczne utwory, w których zostawiali sobie miejsce na improwizację i indywidualne solówki. Usłyszeliśmy coś, co idealnie sprawdza się na koncertach - entuzjastycznie przyjmowane przez publiczność „Ale jestem” oraz fenomenalną kompozycję muzyczną do wiersza Bolesława Leśmiana „Dłoń zanurzasz we śnie” – apogeum emocji, a saksofon Henryka Miśkiewicza to już szaleństwo, owacja i nieustanne …chcemy jeszcze!

    Niestety w tak serdecznej atmosferze i przy doskonałym kontakcie z publicznością czas płynie nieubłaganie, powoli zbliżał się finał tego spotkania. Nie obyło się oczywiście bez bisów i to wybranych przez słuchaczy. Ania zapytała o preferencje, a gdy ktoś zaproponował „Nienasycenie”, zawahała się przez chwilę, czy aby kościół to na pewno odpowiednie miejsce dla tego śmiałego tekstu. Jednak przy ogólnej aprobacie publiczności zagrano „Nienasycenie” i to potwierdziło profesjonalizm a zarazem idealne porozumienie zespołu – umiejętność „żonglowania” repertuarem i tym samym kreowania niepowtarzalnych, bliskich spotkań z muzyką.

    Z wielkim sentymentem i radością wspominam tamten wieczór szczególnie teraz, już w Polsce, kiedy mija rok i zdaję sobie sprawę z tego, że pewne emocje pozostają w nas na zawsze. Anna Maria Jopek powiedziała kiedyś, że gdyby Sting nie zagrał 11 września 2001 roku w Toskanii, chyba rzuciłaby się z balkonu. Dobrze, że zagrała 10 kwietnia 2005 w Bochum, przywożąc ze sobą cząstkę polskiej wrażliwości i solidarności. To był wieczór przepiękny, chwilami mistyczny, który pewnie nie tylko mnie pomógł przetrwać wtedy trudne chwile.

    Maria Czapiga
    Wrocław

  •