ANNA MARIA JOPEK

G Ł O S     F A N A



  • Praca konkursowa

    23.03-29.03.2006

    Szczęśliwy czas. Myślę, że to była chwila oderwania się, zapomnienia choć na chwilę o moich codziennych troskach, chwila rekompensaty za to wszystko, co tak niedawno miało miejsce w moim życiu. Trasa Niebo. Moje małe, marcowe niebo, moje wytchnienie, mój pierwszy głęboki i szczęśliwy oddech po dwóch miesiącach.

    Początek to Warszawa. Lubię ten moment, kiedy wszystko zaczyna się nagle dziać, a ja czuje się tak jakbym wchodziła na scenę jakiegoś przedstawienia. Moim początkiem było przekroczenie progu Fabryki Trzciny. Radość na widok znajomych twarzy, oswajanie się z surowym wnętrzem klubu i takie typowe napięcie przedkoncertowe, odczuwane poprzez zaciśnięty żołądek. Częściowe rozluźnienie odczuwam dopiero wtedy jak uda mi się zająć miejsce i wiem, że mnie z niego już nikt nie ruszy. Punktem kulminacyjnym jest zapowiedź (przez Marcina Kydryńskiego) i moment pojawienia się na scenie muzyków.

    Jako ostatnia z zapowiedzianych wychodzi Anna Maria Jopek. Delikatne skinienie głową w stronę publiczności i natychmiastowy zwrot ku Markowi Napiórkowskiemu, który momentalnie zaczyna grać „Bandoskę”. Wchodzi Ania, żywo, energicznie, z okrzykami, tak jakby rozgrzewając swoją krtań i struny głosowe. Następnie Mino Cinelu, człowiek, pod którego palcami wszystko, czego dotknie, zaczyna tańczyć w szalonym tempie, wpadać w rytmiczne drgania tak szybkie, że oko ludzkie nie jest w stanie nadążyć za ruchem pałeczek w rękach mistrza. Wreszcie swą partię zaczyna Robert Kubiszyn, nadając utworowi dodatkowe, mocne, zdecydowane tętno i głębię. Nie ma tu miejsca na przywitania z publicznością, na pogaduchy. Już na samym wstępie zostajemy wrzuceni w wir czystego muzykowania, improwizacji, która natychmiast wymusza na nas ogromną koncentrację, pełne skupienie się na grze muzyków, ich ruchach, gestach, słowach. Mamy oddalić od siebie wszystkie myśli towarzyszące nam w życiu codziennym i dopiero po tym całkowitym zanurzeniu w muzyce i oczyszczeniu z problemów naszej rzeczywistości Ania się do nas odwraca i przedstawia swych niezwykle utalentowanych muzyków. W tym momencie czuję, że spotkał mnie wielki zaszczyt tak móc siedzieć przed artystami światowego formatu, spoglądać na nich i przede wszystkim słuchać historii, którą chcą nam dziś zagrać i wyśpiewać. Ania podczas taktów „Nieba” raczy nas fragmentami wiersza Wisławy Szymborskiej o tym samym tytule, co piosenka. Może w taki sposób pragnie jeszcze na chwilę przywołać swój schron, który pomaga się jej wyciszyć, poczuć bezpiecznie i pewnie na scenie. I tak chyba się dzieje, bo zaraz potem rozpoczyna się „Ucisz się”- utwór, który jak dla mnie, stanowi bardzo osobiste wyznanie artystki wyrażone nie tyle poprzez słowa, ile przede wszystkim przez sposób ich zaśpiewania. Brzmi to w całości tak bardzo przejmująco i jednocześnie tak tęsknie, że na publiczności nikt nawet nie śmie drgnąć, a ja wbita całkowicie w ziemię mam ciarki na plecach. To ogromne napięcie zostaje pomału rozluźnione kolejnymi taktami „I o co tyle milczenia” w nowej, rozkołysanej aranżacji. Rzekłabym, iż mieliśmy do czynienia z rasowym ragge z kapitalną sekcją i głosem Mino oraz uroczymi westchnięciami AMJ. Następnie na scenie zostaje tylko intymny duecik w postaci Ani i Marka, którzy w hołdzie dla Kaliny Jędrusik wykonują dwa utwory: „Nie budźcie mnie” i „Nie pożałuje pan”. A na dokładkę otrzymujemy, tym razem zagraną już nie tylko we dwoje, piosenkę „Patrzę na Ciebie”, z tajemniczym, intrygującym wstępem Roberta Kubiszyna. Wszystko mocno nasiąknięte erotyzmem z dodatkiem soczystej cytrynki w postaci istnej magii!

    Tego samego wieczoru zostają nam jeszcze zaprezentowane „niebiańskie” utwory takie jak: „I nie zobaczy nikt”, „A gdybyśmy się nigdy nie spotkali” z mistrzowską, porywającą solówką Marka Napiórkowskiego, „Ja spytać chcę o to samo” i najważniejszy dla mnie „ Z nadzieją, że nie ma nieistnienia”. Dzięki tej piosence nie obawiam się śmierci, nie boję się o los moich bliskich, których już nie ma obok mnie i mam tylko głęboką nadzieję, że będzie mi kiedyś dane chwycić ich wszystkich TAM za rękę.

    A skoro mowa już o Bogu, choć nie wprost, to jednym z moich małych dowodów na Jego istnienie jest moment tworzenia przez Anię piosenki „Ode mnie”. To mój ulubiony fragment filmu Leszka Molskiego. Oglądając go mam wrażenie, że AMJ w tamtej chwili nie należy do naszego świata, do tego stołu przy którym siedzi. I prawdopodobnie nigdy się nie dowiem , co dzieje się w takich momentach w jej głowie, z kim ona rozmawia, kogo słucha i skąd pochodzi ta muzyka tak szybko zapisywana na kartce papieru. Słuchając „Ode mnie”, przede wszystkim na koncercie, za każdym razem mam ten obraz tworzącej Ani przed oczami i uparcie wierzę, że On właśnie w takich chwili objawia nam swe oblicze.

    Koncert dobiega końca. Jeszcze przez chwilę klaszczemy w rytm „Gdy mówią mi”, a potem w rytm dopominającego się bisu. W nagrodę otrzymujemy „Cichego wielbiciela” i niespodziankę wieczoru- Henia Miśkiewicza ze znaną tylko jemu techniką grania na tik-takach i techniką śpiewu a’la Al Jarreau.

    Niestety nawet porywający Henio nie zaspokoił głodu publiczności i tym razem Ania próbuje ukołysać nas „Wigilijną kołysanką” dzieląc publiczność na trzy głosy: męski, damski o zabarwieniu brunetek i damski o zabarwieniu blondynek.

    A na sam koniec AMJ Trio zaklina i przegania upartą zimę grając „Śnieg”. I chyba się im te iście indiańskie czary udały, bo w dzień następnego koncertu, w Krakowie, nasze blade twarze ogrzewało słońce, a ciepły wiatr plątał włosy, chustki, szaliki.

    Moja niebiańska trasa się dopiero rozpoczęła, przede mną był jeszcze Kraków, Gdańsk i Słupsk, ale to historia na zupełnie nową recenzję ;-)

    Aleksandra Wrzesińska

  •