.:: ANNA MARIA JOPEK ::. ID.::

OPOLE: Amfiteatr Opolski, 27 lipca 2012

Z nieba leje się skwar, powietrze stoi w miejscu jak, nie przymierzając, żołnierz na wachcie. Słoneczny, parny piątek. Zastanawiamy się, czy właśnie tak grzeje latem w Lizbonie. Przeprawa pociągiem to prawdziwa udręka. Podróżni uchylają okna w nadziei na przewiew. Zamiast tego przez lufciki wkrada się żar. A jednak, na przekór teorii, że Polska to kraj burczymuchów, nikt nie labiedzi. Myślami jesteśmy już w opolskim amfiteatrze.

Długo czekaliśmy na ten dz ień. Za Anią zjechaliśmy pół Polski, ale to pierwszy raz, kiedy na jej koncert wybraliśmy się całą czwórką. Wymieniamy uśmiechy, żadne z nas nie kryje podniecenia. Co chwila spoglądamy na torbę, w której ukryliśmy koszulki-niespodzianki - biała tkanina, zdjęcie AMJ z portugalskiej sesji do "Vivy!", a pod nim wyznanie miłości, w języku Josego Saramago, a jakże!

To pierwszy koncert, na który wybraliśmy się całą czwórką.



Jesteśmy na miejscu godzinę przed koncertem. Amfiteatr powoli zapełnia się ludźmi, widać parę znajomych twarzy. Wymieniamy powitania, dajemy się ponieść powszechnemu poruszeniu. Zajmujemy miejsca w pierwszym rzędzie, niecierpliwie wypatrując muzyków. Wreszcie są, całą siódemką, punkt kwadrans po ósmej...

Amfiteatr powoli zapełnia się ludźmi.

I my, niecierpliwi, zajmujemy miejsca w pierwszym rzędzie.

W napięciu wypatrujemy muzyków...

Zaczyna się niestandardowo (za nami już kilka Sobremesowych koncertów), od rozbujanego "Tylko tak mogło być". Szybko okazuje się, że to doskonały wybór. Rozpromieniona Ania kołysze się na boki, a wraz z nią - duża część widowni. Po klarnetowej solówce Henryka Miśkiewicza rozbrzmiewają pierwsze tego wieczoru entuzjastyczne okrzyki i brawa, niesłabnące aż do końca piosenki. "Klap-klap" - publiczność wybija rytm... Łączność nawiązana, widownia oswojona.

Następne w kolejności jest "Xiamie". Tu pierwsze skrzypce gra Yami, żywy dowód na to, że nie ma lepszego pokarmu dla duszy nad muzykę. Chwilę później... znowu niespodzianka: buddyjskie reggae, "Teraz i tu". Ania zagrzewa publikę do wspólnego śpiewania. Słychać nieśmiałe pomruki, na tym etapie nikt chyba się nie domyśla, że to dopiero preludium do finalnej eksplozji. Opolanie udowodnią jeszcze, że ich rodzinne miasto nie bez kozery nosi miano stolicy piosenki - ale nie uprzedzajmy wypadków.

Tekst "Lizbona, moja miłość" przywodzi na myśl przechadzkę czarownymi zaułkami portugalskiej stolicy. "Spacerowy" jest też rytm piosenki - do czasu. Rozlewnie wzbierające crescendo w końcówce otwiera pole dla wyobraźni. Ania balansuje między mezzo forte a fortissimo; cudownie brzmi aksamitny głos Yamiego. Chciałoby się, żeby to szaleństwo trwało i trwało...

Ale oto, po burzy oklasków, wybrzmiewają pierwsze takty "Kananga do amor", co po portugalsku znaczy: "wyznanie miłości". Piękny, intymny temat. Nucimy bezgłośnie słowa refrenu, z którego zapożyczyliśmy podpis na nasze koszulki. Trudno dla tej muzyki nie przepaść.

Chwilę później: jeszcze jedna niespodzianka - "Nienasycenie"! Ta piosenka, dokładnie sprzed dekady, doskonale wpisuje się w elektryzujący klimat koncertu. Ania interpretuje na tekście, komplementując wszem wobec "światowy styl" Henryka Miśkiewicza, który na okoliczność występu w Opolu przywdział podarowane mu przez Joao Balao szarawary. Całość kończą popisowe solówki Marito Marquesa i Krzysztofa Herdzina. Nienasyceni, czekamy na ciąg dalszy.

Żartobliwy nastrój sprzed chwili zmienia się błyskawicznie. Nostalgiczne "On wszystko o nas wie" wprawia w zadumę nad kruchością wszechświata.

Nostalgiczna piosenka wprawia w zadumę nad kruchością wszechświata.



Wtem - znowu fajerwerki. W "Marimbondo Uamulumata", z repertuaru Yamiego, Ania oddaje się szaleństwu, pląsając po scenie i wyśpiewując "sambowe" wokalizy. Panie w pierwszym rzędzie, które temperamentem nie ustępują Portugalczykom z zespołu, obmyślają specjalny układ taneczny, i choć próbujemy dotrzymać im kroku, w tej konkurencji musimy uznać ich wyższość.

"Smuga smutku" brzmi wyjątkowo przejmująco. Publiczność skupiona, zasłuchana... Tak lirycznie jeszcze tego wieczoru nie było. Dopiero "Naanahanae" przynosi wyraźne ożywienie. Ania bawi się głosem, z oryginału pozostał już chyba tylko ucieszny tekst. Finalne "na >>e<<", które AMJ wyśpiewuje na jednym wydechu przez dobre dwadzieścia sekund, wbija w krzesło!


A potem - nasz ukochany utwór z "Sobremesy", "Cabo da Roca". Piękne, przestrzenne granie. Klawiszowe intro Krzysztofa Herdzina i wysokie zaśpiewy Ani w refrenie utwierdzają nas w przekonaniu, że "nie warto żyć inaczej" jak tylko z tą muzyką, w sercu i na ustach.

Subtelne "Spójrz, przeminęło" zwiastuje koniec koncertu.

Ania śpiewająco dziękuje publiczności... Wybuchem entuzjazmu witamy ciepłe pozdrowienia, które kieruje do nas ze sceny. Nie tak dawno żartowaliśmy, że o sile miłości do AMJ przesądza liczba spazmów, jakie wywołuje w nas styczność z jej muzyką (i nią samą) - jeśli tak, nasze uczucie musiało w tym momencie osiągnąć swój szczyt ("Eu te amo", deklarowane na wspominanych parokrotnie koszulkach, zobowiązuje!).

I w końcu rozpędzone "Sodade", które (nareszcie!) zrywa z miejsc dużą część widowni. Tańczymy pod sceną, otoczeni kilkoma tuzinami fanów. Jak dobrze dać się porwać szaleństwu! Muzycy się nie oszczędzają - jeśli nie teraz, to nigdy. Jeden zachwyt goni kolejny, przez moment czujemy się jak w Rio, w środku karnawału.

Ania przedstawia muzyków, dziękuje słuchaczom raz jeszcze... ale nie chcemy się tak szybko żegnać! Oglądamy się za siebie - wszyscy stoją. Pod sceną wrze. Wielki chór okrzyków i pisków słychać chyba i na Starym Mieście. W końcu zespół przybywa na upragniony bis, "Lizbonę, Rio i Hawanę". Nikt nie wraca na miejsce, Opole wciąż chce się bawić.

Po paru minutach następuje najmagiczniejszy moment koncertu. Publiczność, w spontanicznym, solidarnym odruchu, wyśpiewuje, ile sił w płucach, "lalajalaja", leitmotif "Lizbony..." , starając się w ten sposób ponownie przywołać muzyków. W końcu są, uśmiechnięci, trochę zaskoczeni.

Znowu słyszymy "Lizbona, Rio i Hawana", tym razem ostatnią zwrotkę i refren. Nikt się już nie krępuje, widownia śpiewa z zespołem, uderzając w dłonie w rytm piosenki. Fantastyczne chwile. Na koniec - "Niebo". Ania przysiada na stołku, jest tuż na wyciągnięcie ręki. Po chwili dołączają do niej wszyscy instrumentaliści, próbując swoich sił w roli chórzystów. Ale śpiewają nie tylko oni - śpiewa też połowa amfiteatru.

Ania i zespół są na wyciągnięcie ręki. Śpiewają oni, śpiewa prawie cały amfiteatr.

Obserwujemy to wszystko ze wzruszeniem. Od Ani dowiemy się później, że to coś nieprawdopodobnego; że takie rzeczy nigdy się jej nie przydarzają. Magia chwili, magia miejsca, magia muzyki.

Magia muzyki. Magia chwili.

Redakcja fanpage'a AMJ
www.facebook.com/amjopek

(c) ANNA MARIA JOPEK MUSIC