.:: ANNA MARIA JOPEK ::. ID.::

GORĄCZKA NIEDZIELNEJ NOCY

Sobremesa nie jest łatwym koncertem. Mimo pozornej możności wyluzowania i odpłynięcia w Portugalskich rytmach mięśnie ciała artysty pracują z siłą potężnej fabryki. Gorące tempo jakie narzucali na pierwszych koncertach portugalscy przyjaciele Anny Marii Jopek sprawiało, że schodziła ze sceny ledwie żywa i niemal natychmiast po powrocie do domu uciekała w sen. Nic dziwnego. Portugalczycy rodzą się z genami swych przodków. Roztańczonych, rozśpiewanych grających w rozpalających ciało rytmach. Innym razem przenikających duszę odbiorcy fado ... nostalgicznych, przejmujących pieśniach. Podczas niedzielnego koncertu w STODOLE nie mogło być inaczej. Narastający z minuty na minutę tłum, który skutecznie zmniejszał mój dystans między barierką pod sceną a ustawionymi na niej odsłuchami i statywem Ani wyraźnie zapowiadał i podkreślał gorącą atmosferę magicznego spektaklu. Spektaklu dźwięku, światła i głosu Ani, który - nawet w gorączce jaka "towarzyszła" Jej podczas występu - jest silny, niezawodny, profesjonalny i przenika uszy swą potęgą i melodyjnością. Od dawna odnoszę wrażenie, że melodyjność głosu Anny Marii Jopek można śmiało porównać do melodyjności skrzypiec Stradivariusa. Mimo choroby i niemal całkowitego zaniku głosu rano Ania nie odwołała koncertu i postanowiła być razem ze swą publicznością. I taki gest Szanowni Państwo świadczy o prawdziwej klasie artysty. Otoczona na scenie wybitnymi muzykami z Portugali i ... Warszawy Ania dała koncert, który zdążył się już na trwałe zakorzenić w mej pamięci. I myślę, że nie tylko mojej. Proszę zerknąć na fotografie zamieszczone na stronie internetowej Ani. Frekwencja mówi sama za siebie a pozytywne reakcje tej "frekwencji" po każdy z utworów niemal wepchały mnie na scenę i pozostawiły na kilkanaście godzin z silnym niedosłyszeniem. Tak naprawdę trudno jest mi powiedzieć, kto grał obok Ani "pierwsze skrzypce" podczas tego wieczoru. Każdy z muzyków jest profesjonalistą z wieloletnim doświadczeniem scenicznym i mistrzem w swojej klasie. Stojący przy Ani Yami - szalony pogodny wirtuoz jest wychowankiem samego Carlosa do Carmo. Zaś jego kosmiczna aura i energia nie jest przypadkowa. Yami przeszedł bowiem na świat - 20 lipca 1969 roku (w Angoli) w chwili, kiedy świat wstrzymywał oddech na słowa "to mały krok dla człowieka, ale wielki dla ludzkości". Księżyc - jak sam podkreśla - ma znaczący wpływ na jego osobowość sceniczną. Przez cały koncert czarował publiczność swym głosem przeplatającym się z barwą jego gitary basowej. Siedzący przy pianinie cyfrowym i klawiszach Krzysztof Herdzin to orkiestrator nagrodzonej Oscarem muzyki Jana A.P. Kaczmarka. I właściwie to jedno zdanie wystarczy. Stałem vis a vis niego i wciąż brzmią mi w uszach jazzowe akordy, którymi współtworzył tło całego koncert. Marito Marques fenomenalny perkusista o niezwykłym uroku osobistym. Wraz z Joao Balao ponosi w dużej części odpowiedzialność za mój pokoncertowy niedosłuch ;-) Obaj panowie mający we krwi rytmy muzyki portugalskiej, brazylijskiej, marokańskiej, angolskiej, a także dźwięki z Wysp Zielonego Przylądka czy Mozambiku, jak również flamenco, rock, jazz, pop i fado wypelnili salę fenomenalnymi efektami perkusyjnymi rozgrzewającymi publiczność, która coraz głośniej reagowała po każdym zakończonym utworze. Marek Napiórkowski to bóg giatry. Obecny na scenie obok Ani od lat. Wypełniający jej koncerty liryką i niesamowitymi solówkami dba zawsze o podkreślenie tego, co Ania chce przekazać sowami piosenki. I robi to w sposób przepiękny. Przyznają Państwo, że Ania ma oko (choć przede wszystkim UCHO) do odkrywania i przyciągania niezwykłych dusz artystycznych. Tło całości koncertu uzupełniane było przez legendę polskiego jazzu. Wspaniałego i kochanego przez publiczność od ponad czterdziestu lat Henryka Miśkiewicza, który powalił mnie nie tylko wirtuozowską melodyjnością swego saksofonu i klarnetu ale sceniczną skromnością prawdziwego artysty. Znał swe miejsce na scenie. Mimo swego największego doświadczenia scenicznego, klasy, legendy, fenomenu ustępował miejsca na scenie pozostałym cicho usuwając się w bok, gdy nie grał. Tak oto wyglądał niemal cały skład jaki Anna Maria Jopek zgromadziła na scenie tego wieczoru. Niemal, bo wiem na sam koniec do całej ekipy dołączył na scenie Robert Kubiszyn. Wspaniały muzyk grający z Anią od kilku lat i wypełniający jej koncerty basowym brzmieniem. Pamiętam go jeszcze ze składu Grzegorza Turnau. I zgodzą się Państwo ze mną, że ma w sobie coś z tej "krainy łagodności".


Miłą niespodzianką było dla mnie to, że Ania wykroczyła poza ramy studyjnego albumu wplatając pomiędzy to, co już znam również inne utwory. Ciepłe, klimatyczne. Skłaniające do zagłębienia się w lekturę kultury Portugalii. Jeśli spytali by mnie Państwo co mnie ujęło najbardziej podczas koncertu, to odpowiem szybko. Duet gitarowy Ani z Napiórem w utworze "Spójrz, przeminęło". Zabrzmiał bardziej przejmująco i refleksyjnie. Może dlatego, że tematyka przemijania jest obecnie bliska sercu Ani. Piosenka "Niebo" na pewno nie przypadkowo kończyła koncert ... ale to jednak pozostawmy Niebu.


Na koniec powiem tylko, że koncert miał tylko jedną "wadę". Trwał zbyt krótko. Warto było stać godzinę w marznącym deszczu przed wejściem do klubu. Warto było przeczekać następną pod sceną, by stać się jednym z kilkuset świadków koncertu Ikony Polskiej Muzyki, Anioła Sceny... i Anioła Życia podtrzymującego życie w tych, którym światło życia gaśnie... do ostatniej chwili.

Aniu DZIĘKUJĘ :-*

Piotr Krawczyk

 

Zobacz zdjęcia z koncertu

(c) ANNA MARIA JOPEK MUSIC