.:: ANNA MARIA JOPEK ::. ID.::

W POSZUKIWANIU TOŻSAMOŚCI:
ROZMOWA Z ANNĄ MARIĄ JOPEK I MARCINEM KYDRYŃSKIM


zdj. mk

Minęło półtora roku (jesień 2005) od naszego ostatniego spotkania, przed wydaniem płyty Niebo. Jak wiele zmieniło się w Twoim życiu przez ten czas?

AMJ: Sporo. Objechałam świat dookoła. Mamy nową muzykę, cudowną nową menagerkę Joannę Gardasiewicz-Drozdę, nową sytuację prawną, nowe logo, nowy kontrakt na mocy którego mamy odzyskać na własność prawie całą naszą pracę z minionych 10 lat. Tak wiele nowych planów! Czuję się, jakbym była… na nowej drodze życia!

A sięgając głębiej?

AMJ: To był dla nas najtrudniejszy rok. Rok, w którym straciliśmy najbliższe nam osoby, jedną po drugiej. Nie chcemy o tym mówić. Wciąż to jest ból świeży, rany nie zagojone. Nieuchronnie historia naszych ostatnich miesięcy znajduje swoje lustro w niektórych piosenkach z tej płyty. Szukaliśmy przecież ucieczki, ukojenia, pocieszenia w muzyce. Ale bardzo mi zależy, by nie był to motyw przewodni żadnej rozmowy na temat ID. W czasach, w których ludzie nieustannie sprzedają swoją najbardziej intymną prywatność, odsłaniają własne tragedie dla tego jednego momentu zaistnienia w mediach – bardzo nie chcielibyśmy w ten sposób robić promocji płycie ID. Wtedy lepiej nie robić jej w ogóle.

Rozumiem. ID: skąd tytuł?

AMJ: To tytuł mojego utworu na same głosy, który jakby zapoczątkował pracę nad tym projektem. Zlądował na płycie Arka Pruszczyńskiego Acoustic Room i potem, w nowym miksie z Real World pojawi się na międzynarodowej wersji płyty.

Będzie taka?

AMJ: Nie uprzedzajmy faktów. Wystarczy, że powiem, iż na ID znajduje się teraz zaledwie połowa muzyki, jaką napisaliśmy w ubiegłym roku.

Wracając do tytułu…

AMJ: Zapewne płyta powinna nazywać się Tożsamość, ale to słowo tak nieznośnie precyzuje wszystko, a poza tym znacznie trudniej się je wymawia, jakby człowiek się szykował do konkursu plucia na odległość…

A ID łatwo? Raczej „Aj Di” czy od łacińskiego „Id” a może raczej „Ide”?

AMJ: Raczej jednak Aj Di! Ten skrót wydawał się nam tak powszechnym, ogólnoświatowym znakiem określającym „dowód tożsamości”, że odważyliśmy się go użyć. Ale, właściwie „Ide”, jak teraz dałeś mi do myślenia, nie jest całkiem pozbawione sensu. Bo ja przecież istotnie „idę”, jestem w ciągłym ruchu, próbuję się rozwijać a ta płyta powstawała na szlaku długiej wędrówki.

A wracając do tożsamości: ID jest istotnie jej: „dowodem” czy przystankiem na trasie w wiecznym poszukiwaniu?

AMJ: Jednym i drugim. Przecież musimy zmieniać zdjęcia w paszporcie, by były aktualne. Ta płyta próbuje być zarazem dowodem na odnalezienie własnego głosu w muzyce, jak i kolejnym etapem na drodze do jego finalnego określenia. To zresztą, mam nadzieję, nigdy ostatecznie nie nastąpi. W tym sensie jestem chyba muzykiem jazzowym. Dla mnie jazz to nie jest śpiewanie Stardust z akustycznym kwartetem. Dla mnie jazz to wieczne poszukiwanie, wątpliwości, ryzyko, upadanie i podnoszenie się, stawianie wyzwań I próba sprostania im… jak mówił Pat – jazz jest czasownikiem.


Wyzwań jakiego typu?

AMJ: Ta płyta miała swój początek w długiej rozmowie, którą Marcin przeprowadził z Branfordem, mniej więcej w połowie ich tajemniczych negocjacji, czyli ze dwa lata temu. Branford powiedział mu wówczas:
„Wiesz, bardzo chcę to zrobić, ale na waszych warunkach. Zaskoczcie mnie. Napiszcie muzykę, która będzie inna od tego co gram, każcie mi się z tym pozmagać”. Kiedy takie słowa wypowiada Branford Marsalis to, przyznaj, sprostanie temu wyzwaniu nie jest rzeczą łatwą. Marcin parę dni później miał już dla niego muzykę, która potem została piosenką Niepojęte i Ulotne. Ja, kiedy usłyszałam o tej rozmowie postawiłam sobie taki cel: dla każdego z moich gości, z myślą o nim, napiszę coś niekonwencjonalnego. Coś, co jest zarazem dedykacją i prowokacją. W znacznym stopniu były to zresztą później duety na głosy i pojedyncze instrumenty tych artystów. Powstały rzeczy, najdelikatniej mówiąc…dziwne. To są te moje wyzwania. Moje ryzyko. Stąd także zabawne logo naszej firmy: ten pan skaczący wprawdzie na głęboką wodę, ale przecież całkowicie wolny zarazem!

Jak przebiegała praca nad projektem tak niewyobrażalnie trudnym logistycznie? Tak… nieogarnionym? Tyle miejsc, tylu ludzi…

MK: Gdybyśmy wszystko mieli od razu zaplanowane, zapewne pomdlelibyśmy przed startem. To trochę tak, jak kiedy pojechałem w swoją pierwszą podróż przez Afrykę u progu lat 90-tych. Kair-Kapsztad. Autostopem. Pół roku. Gdybym był wiedział, co mnie czeka, siedziałbym w domu. To są te uroki bycia żółtodziobem!.

zdj. MK

AMJ: A nasz wydawca, Universal, któremu półtora roku temu przynieśliśmy budżet ID - oni tam pomdleli ze zgrozy. To nas zmotywowało i postanowiliśmy zrobić to sami, za własne pieniądze, dla siebie, dla frajdy. Zupełnie przypadkowo ten moment zsynchronizował się z wygaśnięciem mojego 10-letniego kontraktu w Universalu. Jednocześnie przyszło parę propozycji reklamowych i ten cudowny kontakt z BMW Jazz Club, bez którego pomocy byłoby znacznie, znacznie trudniej. Zawdzięczamy im przyjazd Oscara i bezcenne wsparcie.

MK: To się wszystko … rozwijało. Branforda wielbiłem od połowy lat 80 -tych, słyszałem na żywo pierwszy raz w 1986 a spotkałem osobiście po raz pierwszy w Hadze, latem 1990. Długo rozmawialiśmy, ale nie marzyłem nawet, że kiedyś przyjdzie nam się spotkać raz jeszcze, w tak różnych okolicznościach. Cały ten projekt był realizacją marzeń, był szaleństwem, był etiudą na wytrwałość, ćwiczeniem z cierpliwości, nieustępliwości. Był wariacją na temat pasji. Co jeszcze jesteśmy w stanie poświęcić dla muzyki? A może nic właściwie, może to w ogóle nie w kategoriach poświęcenia należy rozpatrywać? Bo przecież inni nie poświęcają się, żeby pojechać na miesiąc na Ibizę, dajmy na to. Myślisz, że żałujemy czasem tych pieniędzy? Ależ my zarabiamy pieniądze, żeby móc realizować swoją pasję. Dla jednych to jest polowanie w Kenii, dla innych lot w kosmos, dla jeszcze innych prywatna wyspa. My zamarzyliśmy sobie nasz najukochańszy zespół wszechczasów! Zapraszaliśmy kolejnych muzyków stopniowo, kiedy już zobaczyliśmy, że to MOŻE się jednak udać.

AMJ: Prywatna wyspa nie byłaby zła.

MK: Za późno. Stało się.

Dlaczego zgodzili się z Wami nagrywać? Jak to się robi – jak się zbiera zespół największych muzyków na świecie?

AMJ: Może uznali, że jesteśmy OK.? Myślę, że rekomendacja Pata Metheny otworzyła nam wiele drzwi. Przez niego poznaliśmy kiedyś Christiana. Richard był w Pat Metheny Group, kiedy pracowaliśmy nad Upojeniem Pat – czy się go kocha czy nie – budzi nieprawdopodobny respekt w środowisku.

zdj.MK


Jak zaczęliście?

MK: Pierwsza odważna decyzja, że marzymy o Christianie. A on jest zawsze tak bardzo zajęty, że nie ma czasu na sesję w Warszawie. Był maj – ciepło, pięknie… Zrobimy sobie wakacje w Nowym Jorku, pomyśleliśmy i trach – już jesteśmy w samolocie a potem w studiu Avatar, gdzie przez lata powstawały nasze ukochane płyty ECM’owskie i nie tylko…

AMJ: Wtedy te studia nazywały się Power Station!

MK: Tak, było to źródłem wielu anegdot, kiedy podczas sesji z Christianem wysiadał nam prąd. Wiedzieliśmy już czemu zmieniono nazwę!

Ale od początku, jak to się zaczęło? Wiem, że jestem uciążliwy, ale chcę poznać ten pierwszy moment, tę iskrę… AMJ: Wszystko naprawdę zaczęło się od tej pamiętnej rozmowy z Branfordem w Sopocie w Operze Leśnej, w zamkniętym pawilonie, w garderobie na piętrze, w październiku 2005. To było zresztą dwa lata po pierwszym zaproszeniu Branforda do naszego projektu i jakieś… dwieście maili dalej. Potem zaczęły powstawać pierwsze piosenki. Najpierw Spróbuj Mówić Kocham, na moje urodziny, które urządzamy czasem w studiu nagraniowym, z przyjaciółmi. Chcieliśmy mieć coś nowego. Ta piosenka powstała jako pierwsza…

MK: ….była napisana jako pewna metafora postawy wobec religii, przykazań, kodów, autorytetów moralnych. Mówiła o tym, jak trudno we współczesnym świecie pozostać niezachwianym, niezłomnym. Mówiła o ludzkiej słabości. Dopiero wiele miesięcy później miała też stać się czymś więcej.

Może to dobry moment, żeby opowiedzieć, jak często Wam się to zdarzało w takich przedpremierowych sytuacjach, o wszystkich piosenkach po kolei, skoro Spróbuj jest także pierwsza na płycie.

AMJ: Może? Nagraliśmy pierwszy raz Spróbuj Mówić Kocham 14 grudnia 2005 roku z Napiórem i Kubikiem, ale wiosną zanieśliśmy ją, także jako pierwszą, do Pueblo People Studio. Tam Bzim, który ma nadzwyczajny dar kolorystyczny znalazł ten świetny, współczesny loop, który ostatecznie zdeterminował charakter. Bzim w ogóle, w większości utworów był ważnym katalizatorem pomysłów. Tam też, w dawnym, nie istniejącym już Pueblo na Chłodnej w Warszawie, pojawiła się część C na same głosy i stamtąd Marcin zabrał Spróbuj na spotkanie z Krzysiem Herdzinem.

zdj.mk

MK: Zaniosłem Krzysiowi w kwietniu kilka piosenek, umówiliśmy się w kawiarni przy Jana Pawła. Utwory były w różnym stadium zaawansowania. Przyszedłem z dość dokładnymi wskazówkami, nieomal co do instrumentu, czego pragnę w której części. Pamiętam też później spotkanie w naszej pracowni, kiedy słuchaliśmy tych demówek i Krzysztof mówił: „Hmm… widzę, że niespecjalnie zależy wam na przystępności tej muzyki…” Bardzo mnie to wówczas ubawiło.

AMJ: Krzysztof jest genialnym aranżerem, świetnym pianistą. Pracowaliśmy razem parę razy, przy Jasnosłyszeniu, przy Ladies, w Opolu z Bogusławem Mecem - ale nigdy nie robiliśmy razem całego projektu. A nie ma nikogo lepszego dla nas, niż Krzysztof. Człowiek myśli czasem: Vince Mendoza, Johnny Mandel… ale na tym polegała też ta idea: zanurzmy niezwykłych światowych gości w NASZEJ, polskiej muzyce. I wtedy żaden Vince, wtedy tylko Krzysztof.

MK: Potem, w czerwcu, w M1 z Tadziem, kiedy nagrywaliśmy orkiestrę, okazało się, że Krzyś zrobił wszystko, jednak trochę inaczej niż tego oczekiwałem. Nie muszę chyba dodawać, że znacznie, znacznie lepiej. Moja producencka wyobraźnia po prostu nie sięga tak daleko jak jego talent.

AMJ: Ale wracając do Spróbuj… ciekawe, że była to zarazem pierwsza i ostatnia piosenka, nad którą pracowaliśmy. Ostatnie dźwięki zarejestrowane na tę płytę przed naszym wyjazdem do Real World to było solo Napióra w tym utworze.

MK: Z Napiórem świętujemy też coś więcej. W tym roku mija (strach pomyśleć!) dziesięć lat odkąd jest w zespole, odkąd „wstęp ściemniał” na Szeptem!!!

zdj. MK

AMJ: O, to słabo… Beatlesi zdążyli w takim czasie poznać się, założyć zespół, napisać parę niezłych utworów a następnie rozpaść, znienawidzieć… podobnie The Police, a my?

MK: A my szukamy tożsamości…zapomniałaś?

AMJ: A tak, jasne, tożsamości. To daj mi jeszcze chwilę…

Utwór drugi…

AMJ: … Jest prostą piosenką, ostatnią, którą skomponowałam na dzień przed przylotem Manu na sesję, z nim i Richardem w głowie, jako najbardziej szałową sekcją rytmiczną o jakiej można marzyć. Nosił długo tytuł Last Chance, bo istotnie, była to „ostatnia szansa” jaką sobie dałam, dosłownie na parę godzin przed sesją. Marcin podczas wakacji w Bychowie czytał po raz nie wiem już który miłoszowskiego Pieska Przydrożnego. I tam jest taki rozdział: Uważność, będący formą recenzji z książki o buddyzmie a zarazem najkrótszą tegoż buddyzmu wykładnią. Napisał tam ten tekst i dostałam go na imieniny w upalny lipcowy dzień.

MK: Nie jestem chyba buddystą z krwi i kości, ale myślę, że życie według tych zasad nie zrobiłoby nikomu z nas krzywdy.

AMJ: Tu także pojawia się mój ukochany Mateusz Pospieszalski, z którym znam się tyle lat i pracujemy razem, z przerwami, od czasów pierwszej płyty.

MK: Bardzo miło wspominam czasy Zanim Zasnę, które napisaliśmy razem w 1997 i potem te potwornie upalne dni przed Upojeniem, kiedy Mateo aranżował na orkiestrę…

AMJ: Mateusz jest zupełnie nieobliczalny, jest nie z tego świata i właśnie o to mi chodziło! Chciałam złamać to pogodne, pulsujące reggae czymś zupełnie nieprzystającym do konwencji.

Zrób, Co Możesz zaczyna się także dość…niekonwencjonalnie!

MK: Prawdę mówiąc, mam nadzieję, że każdy bez wyjątku utwór na tej płycie burzy przeświadczenie słuchacza o tym, że już wie, co stanie się dalej. Słuchacz nie może się czuć bezpiecznie!

AMJ: Ale skąd! Ma się po prostu czuć dopieszczony, że staramy się urozmaicić mu życie. Mam nadzieję, że lubi być zaskakiwany NIE tylko z utworu na utwór, ale także w ramach jednej piosenki i tu chyba Zrób, Co Możesz jest skrajnym przypadkiem, aż do ostatniej frazy.

zdj. MK


MK: Tak, ta piosenka ma jakąś niezliczoną ilość pułapek. Pamiętam też, że Manu mnie wyśmiał kompletnie, kiedy prosiłem, by grał w pewnym momencie rimshot (cios pałką w obręcz werbla - przyp. www) na pięć, co zupełnie wywracało puls tego niewinnego walczyka i wydawało mi się bardzo cool. A Manu uważał, że to przeintelektualizowany bzdet. Prawie doszło tam do rękoczynów. Ostatecznie wybraliśmy wersję kompromisową: on nagrał, w baaaardzo złym humorze, taki wariant, a potem wkleiliśmy jego poprzednią wersję natomiast niesławną „piątkę” pod solem Branforda Ania zaśpiewała chórem pań. Tak, to właściwie był jedyny prawdziwie kryzysowy moment w nagraniach…

zdj.mk


AMJ: A Branford w Niepojętym?

MK: No tak, faktycznie, dojdziemy do tego.

AMJ: No I śpiewa tu Richard, heaven, I’m in heaven…

To właśnie śpiewa? Irvinga Berlina?

AMJ: Nie, tylko ja jestem w niebie ilekroć on śpiewa cokolwiek…

Marcin, skąd wiesz, że ważka ma w oku trzysta tysięcy luster?

MK: Przyglądałem się uważnie! Szczęśliwy ten z nas, kto żyje uważnie! Nie, serio… Przeczytałem w jakimś czasopiśmie przyrodniczym, że właśnie odkryto taki gatunek. Siedziałem wówczas przez chwilę kontemplując ten fakt, zupełnie jak ów jegomość w czołówce Amelii. Pomyślałem sobie wtedy, że jesteśmy wyjątkowymi gburami uzurpując sobie jakąkolwiek dominację w przyrodzie, wyrzynając się nawzajem, przechodząc bez nieustającego zachwytu przez środek łąki latem. Że NAPRAWDĘ musimy się chwilę zastanowić nad sobą. Z tych wszystkich nie dość głębokich ale pożytecznych zamyśleń powstała potem ta piosenka, w pokoju hotelowym w Nowym Jorku. Lubię o niej myśleć jak o dalszej części Możliwe. Ten utwór podejmuje temat tam, gdzie Możliwe go porzuca.

zdj.mk


Idźmy dalej. Dlaczego Claude? To jakiś Wasz znajomy?

MK: Tak. Poprzestańmy na tym stwierdzeniu i zastrzeżmy sobie prawo do rąbka tajemnicy. To jeden z moich ukochanych tematów na płycie. Wrażliwy, bezsenny badacz, zachłanny Jopkolog, zauważy oczywiście, że jest to echo tęsknego motywu wysnutego z zawodzenia nad stołem w pewien odległy, zimowy, spowity opalizującymi oparami wódki Finlandia wieczór, kiedy Ania pisała Ode Mnie. Na marginesie: czujesz w mojej uwadze tę paranabokovowską frazę?

AMJ: żenujące, doprawdy…

MK: Dobrze, już. Jest na DVD Niebo ten fragment, kiedy Ani właśnie przychodzi do głowy ów motyw i zapisuje go…To był punkt wyjścia. Z pewnością doliczanie się metrum w tej kompozycji dostarczy wielu wzruszeń słuchaczowi. To był też ulubiony utwór Christiana. Pure Meat – mówił o tych kilkudziesięciu sekundach muzyki i to było miłe.

AMJ: Ale można, mam nadzieję, cieszyć się samą muzyką w ogóle o tym metrum, kontrapunkcie basu, czy harmonii nie myśląc. Claude jest jednym z tych pierwszych kroków na ścieżce mojego własnego języka. To taki krótki, ale ważny dla mnie moment muzyczny.

Skłamałabym.

MK: To rzecz do obrzydliwości konwencjonalna, przewidywalna – zwyczajna piosenka… (proszę, jeśli będziecie to cytować to wyłącznie z nazwiskiem autora wypowiedzi!). To taki moment ukojenia, by słuchacz choć przez chwilę poczuł grunt pod nogami, uwierzył, że jest w domu, w którym wie, gdzie są okna i drzwi i kuchnia. Symbolicznie – to jest też jedyny utwór na płycie, w którym Ania używa tylko jednego głosu. Prostota. Choć i tu akordy są „zagraniczne” a modulacje, mam nadzieję, sprawiają trochę frajdy bardziej wymagającym. Ben Findlay odnosił się do tego utworu z wyniosłą, chłodną obojętnością. Chyba nawet próbował go skasować, że niby to przez przypadek. On najbardziej lubił się bać, jak w Soul Dealer…

zdj.mk

Ale to dopiero za chwilę…

MK: Tak, Skłamałabym skomponowałem na tarasie naszego wiejskiego domu I przyniosłem Krzysztofowi gotowy utwór, który miał opisać orkiestrą. Jak łatwo przewidzieć, Krzyś paroma pociągnięciami ołówka na papierze nutowym ukradł cały show. I Christian i Manu i Mino grają tu porywająco. To tak niewyobrażalna przyjemność móc nagle być częścią takiego zamieszania.

To właściwie jedyna piosenka miłosna na płycie.

MK: Nie, większość utworów jest o miłości, tylko ta okazała się, jak mówiłem, w każdym calu najbardziej wprost. Byliśmy właśnie w Nowym Jorku, w Avatar i ja, potwornie chory, wychodziłem na rekonwalescencyjne spacery do pobliskiego Central Parku i siadywałem na ławkach „ofiarowanych” przez ludzi, którzy tam właśnie spędzali najszczęśliwsze chwile w życiu. Tekst Skłamałabym powstał w wyjątkowo obskurnym pokoju hotelowym po jednym z takich spacerów i przyglądaniu się grawerowanym tabliczkom na ławkach w stylu: „od Johna i Jane, którzy przychodzili w to miejsce przez całe życie i tu zawsze byli szczęśliwi…” bardzo mnie to ujmowało i wzruszało, prawdę mówiąc.

Soul Dealer… nie słyszałem nigdy wcześniej czegoś podobnego.

AMJ: To właśnie wyzwanie, o którym mówiłam. Moje pojmowanie jazzu we współczesnym świecie. Nagrałam na dzień przed przyjazdem Manu dla niego taki motyw przewodni i parę chórków, ogólny zarys. Potem w studiu oboje zaczęliśmy improwizować do tej zastanej rzeczywistości. To był 6 czerwca 2006. Podstępni wyznawcy numerologii z tych trzech szóstek zrobiliby jakiś mroczny użytek. Już po wyjeździe Manu do jego partii dopisałam całą resztę muzyki.

Skąd tytuł? I czemu, jako jedyny, po angielsku?

AMJ: Przy kawie, w studiu Sonus, kiedy skończyliśmy nagrywać, próbowałam wytłumaczyć Manu jakieś moje emocjonalne zawiłości związane z tym utworem. Chciałam mu powiedzieć, że improwizując z takim oddaniem, zapamiętaniem, handlujemy w pewnym stopniu własnymi duszami. Użyłam wtedy, zapewne nieporadnie, sformułowania „soul dealer”, które bardzo się spodobało Marcinowi i powiedział: nazwijmy to tak! I zostało.

zdj. MK



MK: To był potem ukochany utwór Bena Fnadlay’a.

AMJ: Właśnie, to dobry moment, żeby powiedzieć, że Bena zawdzięczamy Manu. To Manu skontaktował nas z asystentką Petera Gabriela i tak zaczęła się ta niezwykła przygoda w Real World.

Ben pracuje tam na stałe?

MK: Nie, na stałe jest tam Richard Chappell, który w samotni Petera pracuje z nim nad kolejną płytą. To wielki reżyser dźwięku. Ania jednak nabyła skądś to przeświadczenie, że niepozorny Richard – Dickie, jak na niego mówią - jest ogrodnikiem w Real World i bezceremonialnie plotła mu co wieczór przy kolacji rozmaite androny, zamiast paść na kolana i modlić się do jego geniuszu. To było bardzo śmieszne. Ben natomiast robi wszystkie koncerty Gabriela i między innymi jego ostatnie DVD. W tej chwili jest freelancerem.

zdj. MK


AMJ: Cieszy nas ta jego dwoistość: niebywała złożoność faktury i odwaga brzmień Petera z jednej, a surowość dajmy na to, Youssou Ndour’a z drugiej. Ben zrobił – dla mnie najlepszą – płytę Youssou: Nothing’s In Vain. Robi też sporo eksperymentalnej world music. Jak Shu-De ze śpiewakami z Tuva czy ostatni Tinariwen: zespół Tuaregów!

MK: Warto jednak powiedzieć, że Ben to finał, a pracowaliśmy cały rok z naszym oddanym Andrzejem Karpem, Tadziem Mieczkowskim, sporo nagrywał świetnie Bzim, z reżyserami w Nowym Jorku i Paryżu i – najważniejszym odkryciem roku: Asią Popowicz. Asia była studentką, asystentką Andrzeja i Tadzia, kiedy zaczynała pracować nad ID. Skończyła jako ukochana reżyserka Ani i asystentka Bena w Real World! Nadzwyczajny talent i jeszcze większy urok osobisty!

AMJ: I to oddanie, miesiące całe zimowe, codziennie rano o 8.30 pobieraliśmy ją na placu Wilsona i dalej do górniczego trudu. Asia stwarza wokół siebie taką atmosferę, że miło jest być obok niej. A ucho przy tym ma jak Batwoman. Potem nawet Ben to docenił. Bardzo się zaprzyjaźnili. Byłoby cudownie, gdyby Asia mogła się tam jakoś zaczepić.


zdj.MK

MK: Ben jest dla mnie współtwórcą płyty ID w równym, jeśli nie większym stopniu, niż każdy z nas i z naszych gości. On zadecydował o jej ostatecznym brzmieniu.

AMJ: Znalazł najlepszą formułę dla mojego głosu zawieszonego nad 150 ścieżkami różnych instrumentów, dla których też zawsze znalazł miejsce. Nie bał się eksperymentów, przepuszczał chórki przez głośnik starego Leslie, pomógł pożyczyć od Petera jego prywatny pogłos, starego niemieckiego quanteca…To była nieprawdopodobna przyjemność – móc patrzeć, jak pracuje wizjoner. I to w takim miejscu, kosmicznym i sielskim zarazem. Świetne podsumowanie samej idei Real World.

Spotkałaś Petera Gabriela?

AMJ: Marcin spotkał go wiele razy. Ja aż do ostatniego dnia nie miałam szczęścia, widywałam go tylko z daleka, albo przez szybę. Wcześniej też niż inni musiałam wyjechać z Anglii. Marcin był tam przez te wszystkie tygodnie. Ale potem, kiedy ostatniego dnia czekaliśmy na taksówkę, ta spóźniała się haniebnie, mimo niedzieli. Poszłam do kuchni studia, gdzie jedyna tego dnia osoba na całym terenie mogła mi jakoś pomóc z kolejnym telefonem po tę – jak się miało okazać – błogosławioną taksówkę, a tymczasem Marcin patrzył, jak pan gospodarz podjeżdża pod studio swoim starym samochodem, ze swoim całkiem nowym, małym synkiem Isaakiem i niezapowiedzianą wizytą.

MK: Myślałem wówczas, że to trzeba być Anią: mieć zarazem tyle szcześcia, a jednocześnie… przecież ona właśnie zniknęła w tej kuchni i znów się miną!

AMJ: Ale ja zdążyłam! Uczepiłam się jego ręki i podskakiwałam w miejscu długo, jak masajska tancerka nie dając mu dojść do słowa, mówiąc, jak bardzo jest mi drogi i jak go wielbię. Staliśmy potem z kwadrans i on czekał z nami na tę taksówkę, jego synek jeździł w pobliżu na jakimś wehikule, rozmawialiśmy o różnych projektach, o Manu, o Africa Calling i wtedy ta taksówka podjeżdża, ja się żegnam, wsiadam do niej i zostawiam swoje rzeczy na placu!

MK: Ja miałem ręce pełne swoich plecaków…

AMJ: I cudowny Peter chwyta wtedy moją walizę i taszczy ją, biedny, za mną do tej taksówki…

MK: To niezręczna sytuacja, awkward situation… wybąkałem, ale on był zupełnie wyluzowany i tarmosił tę Ani walizę usiłując ją zmieścić w bagażniku…

AMJ: Bardzo to wszystko razem było ujmujące i zabawne. Wielkie, wielkie przeżycie. Byłam jego fanką od połowy lat 80-tych, zasłuchiwałam się w So jak obłąkana. Don’t Give Up to jeden z moich ukochanych utworów wszechczasów. Tam też usłyszałam Manu po raz pierwszy, jeszcze przed Nothing Like The Sun. Peter był moim mistrzem przez dwie dekady!

MK: A teraz on za Tobą nosi walizki… ech, życie jest nowelą.

Wracając zatem do Manu i reszty gości: kto pojawia się w utworze To, Co Nienazwane?

MK: Kapitalny Dhafer Youssef! Poznaliśmy go przez naszego londyńskiego wydawcę Wulfa Muellera i była to miłość od pierwszego dźwięku. Także potem, w Paryżu, od pierwszego spojrzenia, kiedy w małej kafejce na przedmieściach, on nas zobaczył I rozpoznał i spędziliśmy jeszcze długi czas, rozmawiając, jakbyśmy znali się od lat, zanim zaczęła się sesja.

AMJ: Myślę, że Dhafer ma jeden z najbardziej nieprawdopodobnych głosów na ziemi. W tradycji tych wielkich muezinów… już sam jego głos jest modlitwą.

zdj. mk

Ta piosenka nie jest…prosta.

MK: Czy ja wiem? Bardzo mi zależało, żeby nie napisać gorszej wersji Desert Rose, żeby nie próbować napisać „arabskiego” utworu, a raczej, żeby ponownie na niekonwencjonalnym gruncie spotkać obie nasze kultury. Pojawia się nawet jedna ludowa melodia polska cytowana przeze mnie w takich wschodnich melizmatach, dziwnie i nieoczywiście to brzmi. Sam utwór jest zresztą o trudności w porozumiewaniu się. O pułapkach semantyki. O tym, jak trudno zawrzeć w słowie, w jakimkolwiek języku, pełną prawdę o migotliwej, cudownej złożoności tego, co nas otacza.

Trudno, ale warto?

MK: Trzeba. To jest wieczna, wielka walka. Powinność nazywania rzeczy, zjawisk, uczuć. Szkoła precyzji, dookreślenia. Nieustanna zmora poetów. Nie mam, rzecz jasna siebie na myśli – już widzę, jak na mnie patrzycie. Znam bardzo miłą panienkę, która zajmuje się dyrdymałami, a lubi o sobie mówić poetka oraz pewnego kompletnego bęcwała, który wierzy, że jest „poetą i prozaikiem”. To są dla mnie określenia wartościujące. Jak „kompozytor”. Kompozytorem jest Kilar, Poetą Zagajewski, Prozaikiem był Miłosz w Dolinie Issy. To są słowa, do których trzeba dorosnąć. My jesteśmy wesołym towarzystwem od piosenek.

Samej Cię Nie Zostawię to właściwie jedyny utwór z nowej płyty, który znamy. Przynajmniej ci z nas, którzy byli na koncercie z Oscarem w BMW Jazz Club.

AMJ: Tak, ta dość pokręcona bossa nova powstała z marzeniem, by zaprosić do niej samego mistrza. A kiedy to już się stanie – także najbardziej zdawałoby się odległego od tej konwencji – norweskiego pianistę. Spotkałam Torda pierwszy raz w Molde, w 2001 roku, kiedy pojechaliśmy samochodem pod Koło Podbiegunowe porozmawiać z Patem o wspólnym projekcie. Tord był wówczas w jednym z jego norweskich zespołów.

MK: Ja dojmująco pamiętam dopiero jego płytę Changing Places, z której urody wciąż nie mogę się otrząsnąć. To tak jakby połączyć puls starej Havany z nordycką powściągliwością i prawdziwie griegowskim talentem do czystej, idealnie pięknej melodii. I jeszcze ten dotyk…

zdj.mk


AMJ: Tak, Tord ma taki dotyk na fortepianie, że rozpoznaje się go jak trębacza, czy saksofonistę. Jakby mówił ludzkim głosem. Na tym instrumencie to takie trudne. A zatem Tord i Oscar – to samo w sobie dość odważne połączenie, a do tego Manu, Mino i Christian na elektrycznym, bezprogowym basie i fenomenalny Bzim w tle… wszystko tu jest INACZEJ, niż być powinno, inaczej, niż jesteśmy przyzwyczajeni. A my raz jeszcze chcieliśmy doświadczyć tego, co zdarza się na samiutkiej krawędzi, na styku tak skrajnie różnych kultur, doświadczeń, stylów, pokoleń. Nie, żebyśmy WIEDZIELI, co się stanie. To był ten element ryzyka. Zaskoczenia. Ale warto w życiu ryzykować. Zawsze. Byle nie życiem, choć Charlie Haden lubi mawiać: „Risk your life for every note…”

MK: Gdy zapraszaliśmy Oscara, nie wiedzieliśmy też jeszcze, że nasze spotkanie odbędzie się już po najtrudniejszych dniach minionego roku. I wtedy ten człowiek, tak otwarty, ciepły, tak serdeczny i mądry stał się dla nas prawdziwą opoką. Potrzebowaliśmy go bardziej, niż kiedykolwiek. Mogę spokojnie powiedzieć, że zostaliśmy prawdziwymi przyjaciółmi. To wielki zaszczyt.


zdj.mk

Tekst tej piosenki powstał 1 sierpnia.

MK: To dzień, w którym odszedł Ani Tata. Napisałem te słowa kilka godzin później i postanowiłem nie zmieniać ani jednego. Zazwyczaj pracuję nad tekstami długo. Czasem nieznośnie długo, jak przy Gdybyśmy Nigdy Się Nie Spotkali. To był chyba rekord. Mało mam talentu i strasznie wolno piszę słowa do muzyki. To męka dla mnie niewymowna. Tu chciałem jednak zatrzymać tamtą jedną, jedyną noc, ale nie kontynuujmy tego wątku.

Dalej zatem słyszymy język Victora Hugo…

MK: A tam… język boskiej Sophie Marceau!

AMJ: Cisza Na Skronie, Na Powieki Słońce to utwór, który napisałam dla Mino. Śpiewaliśmy razem na scenie i w studiu wielokrotnie, ale miałam nadzieję, że z tej formuły jeszcze niejedno da się wyprowadzić. Kolejna z tych miniatur, które być może najpełniej określają teraz moją tożsamość, moją drogę i poszukiwania.

MK: Tak, to prawda. Na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy Ania się zupełnie przeobraziła, zwłaszcza na scenie, podczas koncertów. To, co teraz robi jest w znacznie mniejszym stopniu piosenkowe. Mijamy się, ale przecież Ania tu dowodzi. Ja lubię zwyczajne, świetne piosenki. Cole’a Portera. Paula McCartney’a. To dla mnie być może dwaj najwięksi. Ona kocha ryzyko. Może zresztą, jak mówi Jarrett, nie ważne co, ważne JAK. Co Ania teraz robi na scenie, to czasem jest kompletne free, poszukiwanie nowych form. Zwłaszcza za granicą, na festiwalach jazzowych. Wychodzą przed ludzi nie wiedząc, co się stanie. Myślę, że to doświadczenie Ania przenosi potem do studia na takie właśnie, skomplikowane kompozycje, jak ta.

Ogromnie cieszy, choć nie zdumiewa, obecność kolejnego gościa…


AMJ: Tak, Kayah podziwiam od wielu lat. Tyle razy krzyżowały się nasze ścieżki. To wielka artystka, bardzo mi bliska w idei działań odważnych, autorskich, na własną rękę. Głos rozpoznawalny na krańcach świata. I ma „guts”, jak mówią Amerykanie. Jeszcze ta niesamowita siła przekazu. Moc, jaka z niej bije na scenie nie ma sobie równych. To była wielka przyjemność, móc wystąpić z Kasią na jej koncercie Unplugged, choć losy mojego udziału ważyły się do ostatniej chwili. Wpadłam tam prawie prosto z samolotu z Madrytu, w noc pełną mgły i grozy, nasz syn Staś miał infekcję, wszystko zdawało się sprzysięgać przeciw nam, ale udało się! Cudownie, że Kayah przyjęła też moje zaproszenie. Spędziliśmy potem wszyscy razem świetny tydzień na nartach we Włoszech… tam to się wszystko jakoś dopowiedziało, z lekką pomocą vino rosso.. Także dzięki Tomikowi. Kayah jest w czepku urodzona, że znalazła kogoś takiego.

MK: Tak, to było Ani zaproszenie, bo ja nie ośmieliłbym się proponować Kasi, jednej z najlepszych autorek, obok Joni Mitchell, jakie znam, mojej piosenki do zaśpiewania. Ale z drugiej strony, właśnie ona wydawała się idealna, z tą swoją siłą przekazu o której mówiła Ania. To jest rzecz, którą skomponowałem na koncert Ani i Tomasza Stańko z zespołami chorych na porażenie mózgowe, z fundacji Awangarda. Chciałem, żeby piosenka była jak najprostsza, łatwa do przyswojenia, ale i tak nie udało się przygotować jej na koncert. Wszelako doświadczenie spotkania z tymi ludźmi, tak niebywale wrażliwymi, żyjącymi jakby w innym, lepszym świecie – pozostało niezatarte, więc zostawiliśmy tę piosenkę na płycie. Robert Majewski występuje tu w trudnej roli Tomasza, ale staje się przede wszystkim cudownym, osobnym Robertem… pamiętam, jak Oscar zachwycał się jego brzmieniem z poprzednich płyt. Wciąż nas pytał o Roberta.

Ach, ten kolejny numer.

AMJ: Ach, ach!

MK: To było takie miłe, że kolejne „ach!” wydobył z siebie Branford, kiedy usłyszał pierwsze takty tego, dedykowanego sobie utworu i zapytał: proszę, czy mogę grać w tym od samego początku do końca? Uprzedzę Wasze złośliwości: zapewne Branford miał na myśli nie to, co ja dla niego napisałem a to, co dzieje się w drugim planie. To, jak Krzysztof zaaranżował tu orkiestrę jest tak zdumiewające, nieprawdopodobne.

Bardzo polski to utwór.

MK: Taki był rozkaz, zamówienie! Branford prosił mnie nawet, bym mu przysłał płyty z polską muzyką ludową, chciał poznać skalę i frazę. To, czym ostatecznie jest ta piosenka, to chyba jednak polonez, choć kiedyś miałem wrażenie, że bardziej mazurek…sam już nie wiem.

AMJ: Wtedy też Mino opowiadał o mazurkach z Martyniki I w tym stylu zagrał swoje partie. Wszystko to razem tworzy dość osobliwe zestawienie.

I ten stylizowany tekst…

MK: …raz jeszcze nawiązujący do tak bliskiej mi poezji Miłosza. Jest taki wiersz, z jednego z moich ukochanych tomików, Kroniki, pt. Moce. Pamiętam, że płakałem przez pierwszych kilka prób przebrnięcia przez te miłoszowskie słowa. To zresztą temat tak częsty w jego twórczości: marzenie o wiecznym powrocie, o istnieniu równoległego świata, niepojmowanie nieistnienia.

zdj.mk


Jak poznałeś Branforda?

MK: Pracowałem w 1985 roku w Szwecji, na saksach. Byłem stolarzem, kamieniarzem, niańką. Odbywał się wtedy koncert Live Aid, 13 lipca, oczywiście nie transmitowany u nas, za Żelazną Kurtyną, w co już dzisiaj trudno uwierzyć. Oglądałem ten koncert na promie do Kopenhagi, także ze względu na Stinga, którego wówczas już kochałem nieprzytomnie. Ale byłem głównie zainteresowany rockiem: wiesz, Led Zeppelin, Stones, Van Halen. I wychodzi Sting w tej swojej białej koszuli z czarnym stratocasterem, „I feel you’ll be joining us in a minute” - mówi - I zaczyna Roxanne. Wszystko to zdaje mi się takie inne niż w the Police, przejrzyste, lekkie.
Za nim jakiś Murzyn z saksofonem. Po co mu tu Murzyn z saksofonem - myślę I wtedy pada to zdanie, którego nie zapomnę: „This is Branford Marsalis on the saxophone” – I zaraz po nim najbardziej nieprawdopodobna, piękna, skomplikowana jak kosmos, otwierająca uszy i duszę melodia, której istnienia nigdy bym nie podejrzewał w prostych harmoniach Roxanne. To, co ten człowiek dla mnie zrobił owego dnia zaważyło na całym moim życiu. Zapamiętałem nazwisko – Marsalis. Prosiłem potem, by przywieziono mi jakąkolwiek płytę z takim nazwiskiem na okładce – i dostałem ze Stanów Hot House Flowers Wyntona Marsalisa, gdzie grał jego starszy brat Branford. To był początek mojego zainteresowania jazzem. Dlatego w tamtym roku poszedłem pierwszy raz na Jazz Jamboree, na Keitha Jarretta, na najdalszą jaskółkę. Chyba nie dałbym się przekonać chiromancie, który powiedziałby mi wówczas: pewnego dnia staniesz na tej scenie jako szef tego festiwalu… Potem Branford przyjechał z Hancockiem w 1986 i grali Round Midnight. Byłem w niebie. Jeździłem za nim po świecie. Pierwszy mój duży wywiad robiłem właśnie z nim, dla Jazz Forum, w Hadze, w 1990. Jechałem na serię jego koncertów w Trio, w Village Vanguard w 1992. Branford był i jest - obok Pata, dla mnie najważniejszą postacią we współczesnej muzyce. Wyobrażasz sobie, że on nagle przyjeżdża i gra piosenkę, którą dla niego napisałem? Czy można chcieć więcej od życia?

Duecik z Patem może, we własnym utworze?

MK: Ha, nie kontynuuję tego podstępnego wątku! Nie złapiesz mnie na to!

AMJ: Wydaje mi się, że ten moment, kiedy Branford wchodzi w Niepojętym na modulację jest jednym z najpiękniejszych na płycie. I potem, jak wyplata z siebie to jedno, długie, cudowne muzyczne zdanie…

MK: Tak, choć pamiętasz tę anegdotę, jak Branford skrajnie zmęczony po czterech nocach niespania na festiwalu North Sea przylatuje i nieomal od razu jedziemy do studia a on jest zły i naburmuszony do chwili, w której słyszy ten aranż Krzysztofa i wtedy prosi o nuty i zaczyna grać i nic mu się nie zgadza i wścieka się i kreśli i wyciera gumką I widzę, że sytuacja jest tragiczna i jestem spetryfikowany kompletnie, bo to mój największy mistrz, człowiek, przez którego zajmuję się w życiu muzyką i on tu krzyczy, że ja mu daje złe nuty… no groza kompletna, katastrofa…
I nagle, w błysku świadomości, zrozumiałem, że on czyta tę samą część utworu, ale PRZED modulacją, innymi słowy, że czyta w nutach partię z solem Torda, wszystko o sekundę wielką niżej… Ależ śmialiśmy się obaj z tego potem!

A propos zawiłości: Nagle.

AMJ: To nie takie zawiłości znowu. Chyba przyzwyczailiśmy już wszystkich do nieparzystego metum. Zaczynając od niezliczonych trójek, jak choćby Niepojęte przed chwilą, przez piątki, jak Tajemnica, siódemki – jak Nienasycenie, aż po jedenastki, jak groove w Ucisz się.

MK: Tylko dziewiątek brakuje.

AMJ: I będzie brakowało jeszcze przez chwilę, bo to metrum w Nagle nie występuje, ale poza nim, aż mieni się od zmian, następujących dość – hmm…nagle. To był ulubiony temat Manu, tylko zawsze nam powtarzał, że powinien być na cztery.

MK: Tak, to niezdecydowane metrum i solo Leszka z piekła rodem raczej odbiera nam szansę na Eska Music Award za ten utwór w przyszłym roku… ale nauczę się jakoś z tym żyć.

I jesteśmy już u brzegu…

AMJ: Może na tym poprzestańmy, nie odbierajmy ewentualnym słuchaczom ewentualnej przyjemności wynikającej z faktu, że jednak NIE będą wiedzieli, jak kończy się ta płyta…

Zgoda. Jak wyobrażacie sobie koncertową wersję ID?

AMJ: Kalka jest oczywiście zupełnie niemożliwa. Na szczęście takie zagrożenie nie występuje, bo właściwie przez lata płyty były dla mnie tylko punktem wyjścia. Początkiem raczej, niż ostateczną formą. Sama jestem ciekawa, które z tych utworów przełożą się na mój ukochany kwartet najlepiej, jakie przybiorą formy, jak zabrzmią, co z nimi zrobimy. Zagramy sporo koncertów jesienią, nie wiem jeszcze, w jakim składzie, ale mogę chyba uprzedzić, że czeka nas jeszcze mała niespodzianka przed wakacjami. Uwielbiam grać koncerty. Ale tym razem muszę też powiedzieć, jak bardzo żałuję, że same nagrania mamy już za sobą. To taki nierozwiązywalny konflikt: jestem potwornie niecierpliwa, chciałabym wciąż gdzieś gnać naprzód, robić nowe rzeczy. A przecież jednocześnie zazdroszczę na przykład Edycie Bartosiewicz czy – bagatela - Peterowi Gabrielowi, że mogą pracować nad jednym albumem tak długo, lata całe. Tego się nie da we mnie pogodzić. Wybieram zawsze pęd. Może niesłusznie. Może to się zmieni. Może.

Niech mi wolno będzie powiedzieć, że przynajmniej fani mają frajdę. Tak wiele muzyki, wciąż od nowa…

AMJ: Oby! Oni wciąż jeszcze nie słyszeli tych naszych nowych nut. Tak bardzo ich cenię. Wyrastaliśmy razem, dojrzewaliśmy, uczyliśmy się muzyki wspólnie przez te wszystkie lata. Nie chciałabym ich zawieść.

Jestem dziwnie spokojny. MK: Dzięki.

Copyright: ANNA MARIA JOPEK MUSIC | www.anna-maria-jopek.com

(c) ANNA MARIA JOPEK MUSIC